Medycyna Estetyczna i Anti-Aging - archiwum chronologiczne

Kwartalnik poświęcony rozwijającej się dynamicznie medycynie estetycznej oraz profilaktyce zdrowotnej

Powrót do listy artykułów

Lubię GMO!

prof. dr hab. Ewa Łojkowska, kierownik katedry Biotechnologii Międzyuczelnianego Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Gdańskiego i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, Prezes Zarządu Fundacji Profesora Wacława Szybalskiego, Przewodnicząca Jury Nagrody Dla Kobiet i Nauki

Jako kobieta-naukowiec czy kiedykolwiek w swojej karierze uczelnianej i badawczej miała pani poczucie, że płeć ma znaczenie, czy odczuła pani odmienne traktowanie, coś w rodzaju: „lepiej, żeby jednak była pani facetem”?
Generalnie nie. No, może gdzieś tam na samym początku, kiedy na wczesnym etapie pracy zawodowej byłam w ciąży, odłożono mój awans, bo „urodzę dziecko i nie wiadomo, kiedy wrócę do pracy”. Ale nie miało to wpływu na dalszy bieg mojej naukowej kariery. Może miałam takie szczęście? W jakimś stopniu taki problem pewnie istnieje, ale powiedziałabym – nie uszczęśliwiajcie kobiet na siłę – nie każda chce pracować naukowo, część kobiet chce skończyć studia, nawet zrobić doktorat i potem już nie idą w kierunku pracy badawczej. Może wśród kobiet jest to częstsze, bo mają świadomość, że istnieją w ich życiu inne wartości, które są równie ważne. Bardzo często spotykam się z moimi bardzo zdolnymi absolwentkami, które mówią: „nie chcemy robić kariery naukowej, chcemy wykonywać ciekawą pracę, taką, żeby nasze umiejętności były wykorzystywane, ale nie chcemy się ciągle ścigać”.
Nie miałam więc wrażenia, żebym była w jakikolwiek sposób dyskryminowana, ale z drugiej strony towarzyszyło mi wiele razy w życiu poczucie, że w domu kradnę czas pracy, a w pracy – że kradnę czas przeznaczony dla rodziny.

Zatem, w jaki sposób wyglądał ten „czas domu”, czy mąż panią wspierał?
Tak, miałam to szczęście, mój mąż zawsze uważał, że moja praca naukowa jest ważna. Sam nie jest naukowcem, tylko prawnikiem. Zawsze mnie wspierał i nasza córka bardzo dużo z nim przebywała. Mąż nieraz mówi, że ona dlatego jest taka dzielna, bo była pod wpływem męskich wzorców.

Pani córka jest dziś dorosłą osobą, czy poszła w pani ślady, mam na myśli drogę zawodową?
Joanna ma trzydzieści pięć lat, jest prawnikiem tak jak tata.

No to by się wszystko zgadzało...
No, w pewnym sensie tak. Kiedy córka była mała, pracowałam w instytucie rolniczym, a poza mężem miałam wsparcie teścia, który z nami mieszkał, kiedy już przeszedł na emeryturę. I to chyba wyjątkowy przypadek, to teść zajmował się córką, kiedy po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy, do czasu, gdy poszła do przedszkola. Teść też był prawnikiem.
Kiedy skończyła siedem lat, wyjechałam do Stanów Zjednoczonych na staż podoktorski w University of Wisconsin-Madison. To był taki dwuletni program stypendialny organizowany przez profesora Szczepana Pieniążka z Instytutu Sadownictwa. Wsiadłam w samolot i poleciałam – a był rok 1986 i marne szanse, żeby rodzina mogła do mnie dołączyć. Po pół roku starań mąż jednak dostał paszport, razem z córką dojechali do mnie i zostali przez rok. Potem wrócili do Polski, a ja jeszcze pół roku pracowałam w Madison. Tak więc nie uważam, żebym była idealną mamą. Ale jej to nie zaszkodziło. Często mówiła mi, jako młoda osoba, że matka nadopiekuńcza
to coś znacznie gorszego.

Jest pani prezesem Fundacji Profesora Wacława Szybalskiego – czy tego naszego światowej rangi genetyka poznała pani, będąc w Stanach?
Właśnie podczas mojego stażu, kiedy przyjechałam do Madison. Tam przebywała duża grupa Polaków i taką znaną przez wszystkich osobą był właśnie profesor Szybalski, który to środowisko stypendystów integrował. I wspierał w najróżniejszy sposób ludzi, którzy często czuli się tam trochę zagubieni. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo. Nigdy z nim nie pracowałam – prowadził badania z zakresu biologii molekularnej i biologii nowotworów, a ja byłam na stażu w laboratorium profesora Artura Kelmana, gdzie prowadziłam badania nad bakteriami powodującymi choroby roślin. Ale spotykaliśmy się często. Profesor był zawsze wielkim orędownikiem sportu, od razu zapowiedział – a przyjechałam do Madison w listopadzie – że będę musiała jeździć na nartach razem ze wszystkimi. A kiedy w trakcie lekcji narzekałam, zawsze mówił „masz takiego trenera, że musisz się nauczyć”. I tak nauczyłam się jazdy na nartach, do dzisiaj bardzo lubię ten sport. Profesor Szybalski to wybitny naukowiec i wspaniały człowiek. Stworzył podwaliny dla wielu dziedzin biologii molekularnej.

Trudno by znaleźć wielu polskich uczonych tej miary.
Tak, byłoby trudno. Dodam,
że został niedawno zrealizowany przez Annę Ferenc film dokumentalny o życiu i karierze profesora, miał swoją premierę w Madison pod koniec 2014 roku. Fundacja organizuje jego pierwszy pokaz w Gdańsku. Profesor Szybalski
to pierwszy badacz, który wykazał,
że można wprowadzić kwas nukleinowy do komórki ludzkiej i w ten sposób zmienić zawartą w niej informację genetyczną. Dał więc podstawy terapii genowej. Jest też uznawany za twórcę biologii syntetycznej, która skupia się na projektowaniu i tworzeniu zmodyfikowanych organizmów, takich jak bakterie zdolne do produkcji leków, biopaliw lub innych substancji.

Ale nie zmierzamy do wytwarzania na zamówienie sztucznego człowieka?
Raczej nie – ale możemy wytworzyć na przykład mikroorganizmy, które będą miały zdolność utylizacji różnych substancji trudno rozkładalnych i zalegających w środowisku. Gdy zaczęła się nasilona propaganda przeciw organizmom genetycznie modyfikowanym, profesor zawsze mówił, że tylko one spowodują, że będziemy mogli wyżywić ludzkość, wyleczyć ją i jeszcze zlikwidować szkodliwe pozostałości w środowisku – czyli zdegradować je do związków przyswajalnych przez inne organizmy. W tej chwili wiele leków jest produkowanych przez genetycznie modyfikowane organizmy, najbardziej spektakularny przykład to insulina. W Polsce jeszcze do końca lat 90. wykorzystywało się insulinę izolowaną z trzustek świńskich. Podawało się więc ludziom chorym na cukrzycę białko zwierzęce. Podawane przez długi czas – powodowało reakcję immunologiczną typu alergii, a zatem odrzucenie. Natomiast w tej chwili produkuje się insulinę, która jest białkiem ludzkim. Gen, który warunkuje jej biosyntezę, wprowadza się do pewnego szczepu komórek bakteryjnych – i te zmodyfikowane mikroorganizmy, czyli GMO, wytwarzają białko ludzkie o identycznych właściwościach jak to, produkowane w trzustkach ludzi zdrowych. Tę tak zwaną rekombinowaną insulinę importowaliśmy, a dziś mamy już własną, opracowaną w Instytucie Biotechnologii
i Antybiotyków w Warszawie i produkowaną przez polską firmę.

Czyli pani na pewno nie jest przeciwniczką GMO...
Nie, i to ani w odniesieniu do medycyny, ani innych dziedzin. Przez wiele lat doświadczeń i mojej pracy naukowej nie spotkałam się nigdy z jakimkolwiek zagrożeniem, które wynikałoby z faktu konstruowania
takich organizmów. Ja zajmuję się roślinami i jeśli mówię o roślinach modyfikowanych genetycznie, używam wyłącznie określenia „genetycznie ulepszone”, bo modyfikuje się je w celu podniesienia wartości żywieniowej albo zwiększenia odporności. Po wprowadzeniu do organizmu rośliny danego genu dającego jej odporność na przykład na szkodniki nie musimy już stosować chemicznych środków chroniących przed nimi. Jest to więc ochrona biologiczna, a nie chemiczna.

Chciałabym wrócić jeszcze do pani pracy w fundacji...
Kiedy poznałam profesora w drugiej połowie lat 80., było to po stanie wojennym, czynnie pomagał młodym polskim badaczom i zawsze mówił, że chciałby, aby kiedyś powstała fundacja wspierająca polską naukę. I po roku 2000, kiedy przyjechał do Polski, bardzo chciał to sfinalizować, ale przyjeżdżał zawsze na krótko, zawsze miał mało czasu. W końcu jakoś moja córka, prawniczka, dopilnowała spraw formalnych, umówiła spotkanie u notariusza, i w 2009 roku fundacja została zarejestrowana. Ponieważ profesor jest lwowiakiem – drugim niejako celem fundacji stało się wspieranie rekonstrukcji lwowskich zabytków, pomników kultury, a zwłaszcza krzewienie wiedzy o Lwowie i naukowcach Lwowa. Jedną z inicjatyw takiego rodzaju było dofinansowanie przez fundację cyklu nagrań wywiadów z Polakami-lwowiakami, pamiętającymi jeszcze Uniwersytet Lwowski, Politechnikę Lwowską. Cykl powstał dla potrzeb zbiorów historycznych w Krakowie. Fundacja nie działa może bardzo aktywnie, nikogo nie zatrudniamy na etacie. Jednak od dwóch lat przyznawane są nagrody Komitetu Biotechnologii PAN im. prof. Szybalskiego. Kapituła – składająca się z trzech przedstawicieli tego komitetu i fundacji – przyznaje coroczną nagrodę (20 tys. zł) polskim naukowcom do 35. roku życia za najlepszą pracę z zakresu nauk o życiu opublikowaną w prestiżowym czasopiśmie naukowym. Druga nagroda, 5 tys. zł, przyznawana jest za najlepszą pracę opublikowaną w kwartalniku „BioTechnologia”, w tym przypadku nie ma limitu wieku. Kończymy też przygotowanie książki o profesorze Szybalskim. Kolejny projekt wiąże się z książką o profesorze Rudolfie Weiglu, lwowiaku, twórcy szczepionki przeciw tyfusowi, którego uczniem był właśnie profesor Szybalski. Szczepionkę opracowano i produkowano na potrzeby armii – radzieckiej, potem niemieckiej, gdy ta zajęła Lwów w 1941 roku – wtedy nie istniała żadna inna możliwość jej wytwarzania. Była przez pracowników instytutu przemycana i potem dostarczana polskiej ludności i za mury getta. Gdyby nie okoliczności polityczne, to być może profesor Weigel dostałby za tę szczepionkę, która uratowała życie tysięcy ludzi, Nagrodę Nobla.

Jest pani prezesem fundacji już trzecią kadencję?
Jestem. Bo nikt z kolegów z zarządu jakoś się nie pali, żeby tę funkcję pełnić.

Od lat jest pani znana jako przewodnicząca jury nagrody Dla Kobiet i Nauki, obecnie przyznawanej przez L’Oreal Polska we współpracy z Polskim Komitetem UNESCO i Ministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego – w jaki sposób do tego doszło?
Muszę znowu cofnąć się do czasu pobytu w Madison – była tam wtedy tak zwanym profesorem wizytującym w laboratorium profesora Szybalskiego profesor Anna Podhajska z Wydziału Biologii Uniwersytetu Gdańskiego. Kiedy ja po stażu w Stanach i stażu w INSA w Lyonie we Francji wróciłam do Polski, pełna zapału i energii, profesor Podhajska organizowała w Gdańsku Międzyuczelniany Wydział Biotechnologii. Ogłoszono konkurs na stanowisko profesora, wygrałam go i zostałam jej najbliższą współpracownicą. Wtedy z całą rodziną przeniosłam się do Gdańska. W 2000 roku profesor Podhajską nominowano do światowej nagrody L’Oreal Woman in Science, która od 1998 roku jest przyznawana we współpracy z UNESCO wybitnym kobietom naukowcom, co roku pięciu, po jednej z każdego kontynentu – z Afryki, z Azji, obu Ameryk i Europy. Profesor Podhajska tej nagrody nie otrzymała, ale jako osoba nominowana, jedna ze stu z całego świata, została zaproszona na galę na Sorbonie. I w drodze powrotnej z Paryża, z panią Marią Majdrowicz, która była dyrektorem public relations L’Oreal Polska, dużo rozmawiały i właściwie wymyśliły polską edycję takiej nagrody. Udało się zaszczepić tę ideę ówczesnemu prezesowi L’Oreal Polska. I już w 2001 roku ruszyła pierwsza edycja. Powołane zostało dziewięcioosobowe jury – trzy osoby wytypował polski komitet UNESCO, pozostałe, w tym mnie – pani profesor Podhajska, która została przewodniczącą jury. Niestety, tak się nieszczęśliwie złożyło, że dwa lata później zachorowała, zdiagnozowano nowotwór mózgu, w roku 2006 zmarła. Ponieważ byłam wtedy jej najbliższą współpracownicą i członkinią jury – przejęłam obowiązki przewodniczącej. No i do tej pory tę funkcję pełnię, chociaż powoli zaczynam myśleć, że czas na zmianę, bo już odbyła się XIV edycja.

Jaki macie państwo system oceniania?
Początkowo, gdy napływało 50-60 prac, każdy z członków jury oceniał wszystkie. Powoli jednak wygospodarowanie czasu na ocenę rosnącej liczby wniosków stało się właściwie niemożliwe, zwłaszcza
że – co chcę podkreślić – jest to praca społeczna. Musieliśmy zmienić system. Od kilku lat każdy wniosek jest oceniany przez dwóch-trzech recenzentów. Czyli przeciętnie juror dostaje dziesięć wniosków o stypendia doktoranckie i pięć--siedem – o habilitacyjne. Każdy wniosek ocenia się w skali od 0 do 4. To pierwszy etap konkursu – wyłaniamy osoby, które otrzymały po dwie oceny maksymalne, ewentualnie jedną ocenę 3,5 lub więcej. Te wnioski przenosimy do drugiego etapu, zwykle jest ich w sumie kilkanaście. Bierzemy pod uwagę poziom naukowy i aspekty aplikacyjne, czyli praktyczne zastosowanie prac badawczych, najczęściej w medycynie. To nagrody dla najlepszych, więc dziewczyny, które są w czasie pisania doktoratu, najczęściej mają po kilka prac opublikowanych w liczących się czasopismach międzynarodowych. Jest ogromna konkurencja, a wśród habilitantek poziom jest jeszcze wyższy. W drugim etapie konkursu odbywa się w Warszawie spotkanie jurorów. Każdy dostaje materiały dotyczące kandydatek zakwalifikowanych do tego etapu i dyskutujemy nad każdą z nich. Nie zawsze jest to łatwe. Zwykle posiedzenie trwa około czterech godzin. Potem tworzymy „krótką listę” – i głosujemy. Ten wybór naprawdę jest trudny.

Stypendium jest przyznawane na rok?
Tak, na ostatni rok przygotowywania pracy doktorskiej albo habilitacyjnej. Przez 12 lat były to trzy stypendia doktoranckie i dwa habilitacyjne, a od dwóch lat mamy odwrotną relację: trzy habilitacyjne i dwa doktoranckie. I co roku L’Oreal Polska troszkę podwyższa kwoty tych nagród. Czas pokazał, że była to świetna inicjatywa. Teraz nobilitowało ją dodatkowo włączenie się do tego programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego; Ministerstwo finansuje wyjazd każdej z laureatek na konferencję międzynarodową.

A pani własna praca w tej chwili, co jest w niej szczególnie istotne, ciekawe?
Jako fitopatolog molekularny – specjalista od chorób roślin – jestem dość daleko od nauk medycznych. Od początku zajmuję się molekularnymi mechanizmami odporności roślin na bakterie i czynnikami, które powodują, że te bakterie mogą wywoływać ich choroby. W ostatnich latach badamy pojawianie się nowych gatunków patogenów roślin. Jeden z nich, Dickeya solani, został wykryty i opisany przez mój zespół. Okazało się, że stanowi zagrożenie w całej Europie, w wielu krajach jest nawet przymusowo zwalczany, bo ma duże znaczenie gospodarcze – to patogen ziemniaka, powodujący jego choroby, takie jak na przykład mokra zgnilizna. Pracujemy przede wszystkim nad zróżnicowaniem genetycznym tych bakterii. Aplikacyjność naszych prac polega na pomocy hodowcom w wykrywaniu tych mikroorganizmów, szczególnie w materiale nasiennym. Wyniki badań publikujemy w czasopismach międzynarodowych, ale też przygotowujemy ulotki informacyjne dla hodowców, badamy „usługowo” materiał roślinny pod kątem obecności tych niebezpiecznych bakterii. Przedsiębiorstwa rolne, zwłaszcza te eksportujące materiał siewny do innych krajów Europy czy do Rosji, muszą mieć certyfikaty mówiące, że jest on wolny od tych bakterii. Taką diagnostykę prowadzimy, wykorzystując metody molekularne opracowane w naszym zespole.

Czy w pani pracy można mówić o punktach stycznych z naukami medycznymi?
Tak, jak najbardziej. Wielu moich studentów znajduje zatrudnienie w laboratoriach zajmujących się diagnostyką medyczną, bo metody molekularne, których uczą się w moim zespole, mogą być równie dobrze używane w diagnostyce człowieka. Na przykład – popularne teraz – monitorowanie zakażeń szpitalnych, gdy chcemy stwierdzić, w jaki sposób zakażenie się rozprzestrzeniło. Ma tu zastosowanie badanie zróżnicowania genetycznego bakterii. Natomiast podstawowa różnica polega na tym, że w przypadku chorób człowieka czy zwierząt diagnozuje się pojedyncze osobniki, a my pracujemy na całej populacji, dlatego nasze metody muszą być mniej kosztowne. Ponadto ważny jest czynnik statystyczny: czyli jaką część populacji trzeba przebadać, żeby stwierdzić, że występowanie jakiejś bakterii stanowi zagrożenie dla plonu. Szukamy markerów molekularnych, które pozwalają na wykrywanie bakterii chorobotwórczych w roślinach, w glebie i w wodzie. Badania są finansowane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Harmonia.
Druga grupa naszych prac wiąże się z badaniami samych roślin i pozyskiwaniem z nich związków o znaczeniu farmakologicznym. Analizujemy biosyntezę kumaryn i furanokumaryn, które są wykorzystywane m.in. w leczeniu łuszczycy, a są też prace przypisujące im znaczenie w leczeniu stwardnienia rozsianego. Badamy metabolizm rośliny, poszukując enzymu, którego obecność sprawia, że w jej organach gromadzą się duże ilości tych związków – znając enzym, będziemy mogli modyfikować metabolizm roślin tak, aby produkowały więcej pożądanych substancji. Mamy tu kilkuletni program współpracy z ENSAIA w Nancy
we Francji.
Kolejna grupa ciekawych metabolitów roślinnych to naftochinony, o których wiadomo, że mają aktywność przeciwnowotworową i powodują śmierć komórek rakowych. Prawdopodobnie będą mogły służyć jako czynnik uzupełniający działanie farmaceutyków już stosowanych w leczeniu nowotworów. Te badania są finansowane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach projektu Lider.

W pracy koncepcyjnej liczą się idee, pomysły, skojarzenia – kiedy pracuje się pani najlepiej, jak to się ma do tzw. etatu i godzin pracy?
Nie ma „godzin pracy”. Generalnie ten mój czas jest „rwany” – mam różne obowiązki administracyjne w Uniwersytecie Gdańskim, w Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych, której jestem członkiem, w Komitecie Biotechnologii PAN, w fundacji i sporo innych...Trzeba jednak śledzić literaturę naukową na bieżąco, jeździć na konferencje, dyskutować; i myśleć o tym, co się dzieje w nauce – tak przychodzą pomysły. Nie ukrywam, że szczególnie wtedy, kiedy trzeba zacząć starania o kolejne granty [uśmiech]. W takich momentach człowiek wyłącza się z innych aktywności i skupia na zagadnieniach naukowych.
Spotykamy się też w gremium międzynarodowym, omawiamy problemy, przynajmniej dwa razy do roku spotykam się z kolegami z sieci ERA-NET Euphresco. W tym roku jesienią organizujemy takie spotkanie w Gdańsku. Nasze dyskusje dotyczą właśnie bakteryjnych patogenów roślin, powodujących choroby ziemniaka, ale także choroby roślin ozdobnych. W tej chwili, dzięki biologii molekularnej, inżynierii genetycznej, dysponujemy zupełnie nowymi narzędziami, żeby poznawać te bakterie i badać, co warunkuje, że są one lub nie są patogenne dla roślin, a czasem także dla ludzi.

Może jakiś przykład, „z życia”?
Przykład wykorzystania takich badań z ostatnich lat to afera z bakteriami chorobotwórczymi obecnymi na ogórkach w Niemczech – okazało się, że takie bakterie groźne dla człowieka mogą przeżywać na roślinach i stwarzać zagrożenie epidemiologiczne.
Warto jeszcze powiedzieć o jednym projekcie realizowanym w moim laboratorium – to są badania storczyków polskich, prowadzące do tego, żeby te rośliny chronić i żeby nam całkiem nie wyginęły. Bo w samym województwie pomorskim 80 procent stanowisk w ostatnich latach zanikło, choć wszystkie gatunki oczywiście podlegają ochronie. W tej chwili jedna z moich współpracownic zajmuje się tworzeniem banku nasion storczyków polskich – są w nim nasiona około dwudziestu gatunków i około stu różnych populacji tych roślin. Opracowuje też metody przechowywania ich nasion i metody rozmnażania w warunkach laboratoryjnych, żeby uzyskane rośliny móc wprowadzać z powrotem do środowiska naturalnego, a z drugiej strony – udostępniać hodowcom. Te badania są współfinansowane z wojewódzkiego funduszu ochrony środowiska. To taki nieduży projekt, który praktycznie prowadzi jedna osoba.

Gdy znajdzie pani czas wolny, dla siebie, jak go pani spędza?
Lubię różne rzeczy, na przykład regularnie chodzimy z mężem do teatru i do kina. Córka zresztą też – właśnie wtedy mamy zwykle dyżur przy wnukach. Lubię sztukę współczesną, ale także klasykę. Film, czytanie. Chociaż ostatnio przerzuciłam sie na audiobooki, bo mogę ich słuchać w samochodzie. Interesuję się malarstwem gdańskim, kolekcjonujemy prace współczesnych malarzy gdańskich. No, ale moja największa pasja to oczywiście moje wnuki – Stefan skończy wkrótce sześć lat, Witold ma niecałe trzy. Jestem nimi zafascynowana. Mój mąż się śmieje, że jedyne, czego nie umiem odmówić, to opieka nad chłopcami, kiedy córka zadzwoni. Z tym że córka zdaje sobie sprawę z rodzaju mojej pracy i muszę powiedzieć, że jest bardzo dobrze zorganizowana, tak że zwykle planujemy opiekę nad dziećmi z miesięcznym wyprzedzeniem, ale oczywiście zdarzają się sytuacje wyjątkowe.

Wobec tego jacy są chłopcy, jak spędza pani z nimi wspólny czas?
Starszy chodzi do zerówki w przedszkolu, młodszy był z opiekunką, a teraz śmiejemy się, że chodzi do przedszkola do wieczorówki – trzy godziny dziennie, od 15.00, takie „przyzwyczajanie się”. Starszy to pieszczoch i „przytulak”, a młodszy – bardziej „chłopięcy”. Są tak uroczy, że trudno się im oprzeć, o tu, na zdjęciu – właśnie byliśmy wczoraj na spacerze na plaży... rzucali się ze mną śnieżkami... ze mną i z córką. Strasznie fajni, weseli... uwielbiają ganiać się i bawić. Nie w każdą niedzielę znajduję dla nich czas, ale staram się. Lubią też bardzo być w naszym domu. Blisko od siebie mieszkamy, więc to nie problem.

A podczas urlopów, też wspólnie?
Lubię z nimi być, ale lubię też zwiedzanie świata. Niedawno byliśmy z mężem na dwutygodniowym „wyczynowym” wyjeździe w Meksyku, Gwatemali i Hondurasie – program był bardzo, bardzo ciekawy, ale startowaliśmy codziennie o szóstej rano, zwiedzaliśmy zabytki, obiekty przyrodnicze, a to rezerwat ptaków, a to selwę, cenoty, i dojeżdżaliśmy do kolejnego hotelu około dziewiątej wieczorem. Mój mąż jest entuzjastą takich wyjazdów, i planuje z rocznym wyprzedzeniem. Ja jestem zwolenniczką bliższych tras,
bo mam tyle podróży służbowych – i nieraz, kiedy wracamy do domu, tak na wysokości Kartuz mówię do męża: „po co myśmy tak daleko jeździli, na Kaszubach jest tak ładnie!”. I w tym roku mam zaplanowany wyjazd do Sandomierza i Zamościa, jeszcze tam nie byłam, aż się wstyd przyznać.

Jako szefowa sporego zespołu – jak kształtuje pani stosunki w pracy, jakich cech nie lubi pani u współpracowników?
Nie lubię? Nawet trudno mi powiedzieć. Ja mam tak fajnych współpracowników... W Katedrze Biotechnologii w tej chwili poza mną pracują cztery osoby na stanowiskach profesorów, wszyscy mają swoje zespoły, jest około piętnastu adiunktów, i powiedziałabym, że dobrze nam się razem żyje. Celebrujemy zawsze Wigilię i święta Wielkanocne, jest taka tradycja, że każdy przynosi jedno danie...
Nie lubię złośliwości i „chowania” problemów. Zawsze uważam, że każdy problem, jaki się pojawia, trzeba przegadać, omówić, wyjaśnić sobie; i powiedziałabym, że generalnie nie mamy konfliktów. W domu też. U nas nigdy nie było cichych dni – nie potrafiliśmy nie rozmawiać. W pracy miałam zresztą dobry przykład pani profesor Podhajskiej, która zawsze znajdowała czas, żeby rozmawiać ze współpracownikami. Może ja mam za mało tego czasu, ale staram się, w każdym razie.

Ma pani poczucie spełnienia? Sukces zawodowy, naukowy, życiowy?
Muszę powiedzieć, wszystko mi się bardzo dobrze układa, w domu i w pracy. Córka zdecydowała się na to, żeby mieć dwoje dzieci – wnuki dają tyle radości. Mam dobry kontakt z córką, z jej mężem, także z moją siostrą, chociaż mieszka z rodziną w Melbourne w Australii i widujemy się czasem raz na rok, raz na dwa lata. Są jeszcze moi doktoranci – w tym roku odbędą się trzy kolejne obrony; w sumie pod moją opieką doktoraty obroniło dotąd czternaście osób (dwie z nich są już po habilitacji). Zależy mi na tym, żeby mieli dobrą, ciekawą pracę – bo kiedyś też profesor Szybalski powiedział mi: „doktoranci to prawie tak, jak własne dzieci”.

Dziękuję za spotkanie.
rozmawiała:
Grażyna Burzyńska

Inne

Medycyna estetyczna na Facebooku

Dermatologia estetyczna na Facebooku